Entrée:

Nie wszystko, co mądre, musi być poważne i nie wszystko,
co poważne, musi te
ż być mądre.
Tego nauczył mnie Frankie.
Dodał też, że nic, co dobre, nie może być darmowe.
I tu, cholera, miał rację.

Moonwalker. Podróż życia.

Monday, August 30, 2010

23 kwietnia 1967, Bajkonur, Kazachstan




- Towariszcz Komarow – Breżniewowi głos drżał niepewnie, choć duma nie pozwalała mu przyznać się do respektu, jakim darzył to, co działo się na jego oczach – Rosja jest z was dumna.



- Spasibo, towariszcz siekrietar, bolszoje spasibo – odpowiedział, po czym odszedł wolnym, ale zdecydowanym krokiem w kierunku statku.



Leonid Breżniew spojrzał na zegarek. Dwadzieścia po północy. Piętnaście minut. Za piętnaście minut przejdziemy do historii, a Ameryka ukorzy się przed Rosją. Trwały ostatnie przygotowania. Chłodna kazaska noc zdawała się sprzyjać wydarzeniom. Kosmodrom, choć nieznacznie tylko oświetlony, tętnił życiem.



00:35



Cichy początkowo szum rósł w siłę z każdą upływającą chwilą, a płomienie spod silników rakiety rozświetliły bazę.



- Szest’ – zewsząd dochodzący głos rozpoczął odliczanie. – Piat’. Czetirje.



Ziemia drżała, a głos ledwo przebijał się przez huk startującej rakiety.



- Boże, wiem, że z partią ci nie po drodze, ale miej go w opiece – wyszeptał Breżniew.



- Tri. Dwa. Odin.



Sojuz 1 wzbił się w powietrze.



*





24 kwietnia 1967, Orenburg

3:22



Sojuz 1 powrócił na Ziemię.



Awarie w systemie sterowania wymusiły rezygnację z misji. Zdecydowano się zawrócić statek. Jednak – jak okazało się dopiero siedem kilometrów nad ziemią – nie była to jedyna wada Sojuza. Uszkodzeniu uległ czujnik ciśnienia, który decydował o otwarciu głównego spadochronu, którym zamierzano wyhamować statek. Nie udało się również użyć ręcznie sterowanego spadochronu zapasowego – splątane linki zablokowały czaszę.



Ostatnim zadaniem, jakie otrzymał Władimir Komarow, było takie poprowadzenie statku, by rozbić się na terytorium Związku Radzieckiego. Ostatnia, przedśmiertna misja.



*





24 kwietnia 1967, Bajkonur, Kazachstan

5:30, Narada najwyższych przywódców ZSRR



- Ale do lotu Sojuza 2 wszystko jest już przygotowane!



- To przecież taka sama maszyna – sprzeciwiano się. – A jeżeli ma te same wady? Jutro też mamy czekać na katastrofę?



- Nie dojdzie do żadnej katastrofy. Sojuz 2 musi wystartować.



- A ludzie? Giną niewinni ludzie!



- Sojuz 2 musi wystartować – zadecydował Breżniew. – I wystartuje zgodnie z planem. Ale nikt nie może się o tym dowiedzieć.



- Zwłaszcza Amerykanie – podchwycono.



- Przygotujcie Sojuza 3 tak, żeby nikt nie poznał, że to nie dwojka. Rozpocznijcie badania, znajdźcie przyczynę dzisiejszej katastrofy. A prawdziwy Sojuz 2 za godzinę ma być gotowy.



*





Tak, jak zapowiadano, Sojuz 2 wystartował, choć fakt ten został zatajony. W mediach pojawiło się oświadczenie, w którym Towariszcz Breżniew przekonywał, że życie ludzkie warte jest znacznie więcej niż wygrana z Ameryką w wyścigu o podbój kosmosu. Winą za niepowodzenie Sojuza 1 obarczono pilota, jednak zaplanowane loty miały zostać wstrzymane do czasu przeprowadzenia gruntownej kontroli stanu technicznego urządzeń. Breżniew – zgodnie z obowiązującymi wówczas zasadami radziecko-amerykańskiej przyjaźni – wspomniał o styczniowym pożarze, w którym zginęło trzech pilotów oraz zniszczony został amerykański statek Apollo 1.



Misja Sojuza 2 rozpoczęła się bezproblemowo. Bez żadnych zakłóceń statek wzbił się w powietrze, a następnie – zachowując odpowiednie nachylenie – ruszył na orbitę.



*





- Towariszcz Baturin, słyszycie mnie?



- Da.



- Towariszcz!



- Słyszę was!



- Misza, błagam, odezwijcie się!



Michaił Baturin coraz bardziej zdenerwowany siedział w kabinie Sojuza 2, próbując nawiązać kontakt z bazą w Bajkonurze. Słyszał wyraźnie głos koordynatora, jednak nadajnik w kabinie musiał być zepsuty.



Baturin miał trzydzieści lat. Był nieprzesadnie wysokim, średniej postury mężczyzną o typowo wschodnich rysach twarzy i twardym charakterze. Urodził się w Irkucku, w samym środku syberyjskiej krainy mrozów, gdzie spędził całe dzieciństwo i nauczył się radzić z przeciwnościami oraz konsekwentnie dążyć do celu. Długimi wieczorami i nocami, kiedy przenikający chłód nie pozwalał kontynuować pracy, młody Michaił wpatrywał się w Księżyc, marząc, by pewnego dnia stanąć na jego powierzchni. Jakkolwiek wydawało się to niemożliwe.



Ale to był Związek Radziecki. Państwo spragnione potęgi.



Szukano młodych mężczyzn takich jak Baturin. Zdrowych, silnych i zahartowanych. Przyzwyczajonych do niewygód. Dlatego kiedy do bazy w Bajkonurze dotarł wycieńczony długą wędrówką Michaił i powiedział „Chcę latać.”, przyjęto go bez wahania. Nakarmiono, dano ciepłe ubranie oraz pokój, gdzie mógł zamieszkać. Rodzinie w Irkucku wysłano odpowiednią pomoc, by ta mogła się utrzymać pod nieobecność syna. Związek Radziecki dbał o swoich obywateli. Przynajmniej niektórych.



Ponad pięć lat Baturin przygotowywał się do tego lotu. Taki był plan, do którego dążył – najpierw wyjście na orbitę, a potem – w przyszłości – na Księżyc. W ciągu pięciu lat intensywnego szkolenia poszerzał swoją wiedzę z fizyki i astronomii, uczył się obsługi kolejnych urządzeń nawigacyjnych, by w końcu zaznajomić się ze statkiem, jaki miał poprowadzić.



Na rok przed ukończeniem szkolenia ożenił się, a kilka miesięcy później przyszła na świat jego jedyna córka.



- Towariszcz Baturin, słyszycie? Odezwijcie się!



- Słyszu, słyszu – odpowiedział raz jeszcze słabym głosem, świadom swojego trudnego położenia.



Nadajnik był uszkodzony; nie wiadomo było, jak długo jeszcze uda się zachować łączność w drugą stronę.



- Misza, nie wiem, czy nas słyszycie, zbaczacie z toru. Poprawcie kierunek!



Matuszka Rassija, naprawcie nawigację… Proszu, błagał w myślach, próbując jednocześnie przypomnieć sobie, co o systemach sterowania mówiły podręczniki. Ale Matuszka Rassija nie zamierzała zająć się naprawą statków kosmicznych. Z zamyślenia wyrwał Michaiła dopiero krzyk w słuchawkach:



- Towariszcz Baturin, pytam się grzecznie, pojebało was?! Lecicie, kurwa, na Księżyc!



Michaił parsknął śmiechem, choć sytuacja była ku temu co najmniej mało sprzyjająca.



- Na Księżyc – powtórzył z uśmiechem. – Chętnie, ale może następnym razem.



Wprowadził do komputera kilka poleceń, by zmodyfikować tor lotu. Zatwierdził, podając hasło dostępu, jednak statek nie zareagował.



- O ile będzie następny raz – dodał cicho.



*





27 kwietnia 1967

23:41



Zetknięcie z powierzchnią Księżyca poszło niespodziewanie gładko. Systemy, zaprogramowane by bezpiecznie osadzić statek na powierzchni Ziemi, nie zauważyły, że znajdują się zaledwie nieco ponad trzysta osiemdziesiąt tysięcy kilometrów od zamierzonego celu.



- Орeл приземлился – wyszeptał Baturin. Orzeł wylądował.



*





Michaił nie odniósł żadnych obrażeń, czym był całkiem pozytywnie zaskoczony. Nie spodziewał się, że zetknięcie z Księżycem nastąpi tak szybko. Nie spodziewał się nawet, że je przeżyje. Ale udało mu się. Udało, powtórzył w myślach, a łza wzruszenia pociekła mu po policzku. Pociekła, by po chwili oderwać się od ciała i pomału opaść. Pomału, wolniej niż miała w zwyczaju. Na Ziemi...



- Czy są na świecie jeszcze rzeczy niemożliwe? – Michaił poprawił kombinezon, zapiął szczelnie mocowanie hełmu, po czym otworzył właz Sojuza.



Drżał, pokonując kolejne stopnie aluminiowej drabinki. Wreszcie stopnie się skończyły, a człowiek po raz pierwszy postawił stopę na Księżycu. Michaił przypomniał sobie, że na hełmie cały czas zamontowaną ma kamerę rejestrującą wszystko, co widzi. Zdjął ją i skierował na swoją twarz. Uśmiechnął się i mrugnął okiem. Zatoczył ręką krąg. Zdawał się pytać „Widzicie?”. Umieścił kamerę z powrotem na hełmie. Teraz urządzenie mogło rejestrować również dźwięk.



- Dwudziestego siódmego kwietnia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego roku, o dwudziestej trzeciej czterdzieści jeden czasu moskiewskiego – mówił powoli, choć w jego głosie słychać było ekscytację – człowiek po raz pierwszy stanął na Księżycu. To ja, Michaił Piotrowicz Baturin z Irkucka. Syn drwala.



Głos mu się załamał. Próbował wydobywać kolejne słowa, ale nie potrafił. Mimo tylu lat szkoleń i treningów, psychicznie nie był przygotowany na to wyzwanie. Spełnił swoje marzenie. Stał na Księżycu. Stał i płakał z nadmiaru emocji.



- Tato – wydusił po chwili. – Tato, udało mi się.



*





28 kwietnia 1967

00:05



Było ciemno. Ciemno, jak podczas ziemskiej nocy. Ciemno, choć „z dołu” wydawałoby się, że na Księżycu, który odbija wtedy tyle światła, powinno być zupełnie jasno. Było czarno, choć powierzchnia wyglądała na szarą. Wielka, rozległa powierzchnia, porozcinana uskokami, znaczona grzbietami i podziurawiona kraterami.



A w oddali, ponad linią horyzontu…



- Chciałbym, żebyście to zobaczyli – Baturin mówił już spokojnym głosem - choć wiem, że to niemożliwe. Ale tam – wyciągnął przed siebie rękę, wskazując wyraźnie widoczną planetę – jesteście wy. Może ktoś z was patrzy teraz na mnie? Może ktoś zastanawia się, czy na Księżycu istnieje życie? Otóż jedynym życiem jestem tu ja, innego nie spotkałem jeszcze. Jeszcze... – znów urwał.



Ruszył wolnym krokiem. W kierunku Ziemi. Znamienne, że swoje pierwsze kroki na Księżycu skierował w stronę Ziemi.



- Jeszcze – podjął nieskończony wątek – choć nie zostało mi wiele czasu. Sojuz był uszkodzony jeszcze przed lądowaniem. Nie ma mowy o powrocie – przełknął głośno ślinę. – Zamontowany w kasku wyświetlacz pokazuje, ile zostało mi czasu. Zanim skończy się zapas tlenu. Zanim nastąpi kres mojej podróży.



Dziesięć minut, pomyślał, czas na Księżycu płynie równie szybko. Jak na Ziemi.



- To moje ostatnie dziesięć minut. Właściwie już tylko dziewięć i pół.

Szedł coraz szybciej, ciesząc się każdym kolejnym metrem. Wspinał się po grzbietach, przeskakiwał uskoki, korzystając z osłabionej grawitacji. Zaglądał po drodze do wnętrz niektórych kraterów, niepewny, co znajdzie w środku.



A czas płynął.



Dwie minuty. To prawie już.



Odwrócił się. Z niewielkiego wzniesienia, na którym stał, widać było tylko zarysy rozbitego statku. Westchnął ciężko. Nabrał powietrza, starając się nie dopuszczać siebie myśli, że to jeden z jego ostatnich wdechów.



- Została mi nieco ponad minuta – szepnął. – Dziękuję Ci tato. Mamo. Dziękuję, że pozwoliliście mi spełnić marzenia. Dziękuję – przerwał na moment, jednak szybko przypomniał sobie, że nie ma chwili do stracenia. – Jelena, córeczko. Nie masz jeszcze nawet roku. A ja cię opuszczam. Przykro mi, że nie zdążyliśmy się tak naprawdę poznać. Przepraszam. Живи счастливо, дочка . Żyj szczęśliwie, córeczko. Podążaj za marzeniami.



Po czym ułożył kamerę wycelowaną w kierunku Ziemi. To nie boli, pomyślał, po prostu zasypiasz.



*





13 listopada 1986, Leningrad



Siwy pułkownik, drżącymi dłońmi, przy pomocy pilota zatrzymał odtwarzanie i wyłączył monitor. Oprócz niego w sali konferencyjnej znajdowała się jeszcze tylko jedna osoba. Młoda, dziewiętnastoletnia dziewczyna o rudych lokach spływających jej na ramiona. Z oczami pełnymi łez wpatrywała się przed siebie niczym zahipnotyzowana.



- Jeleno – odezwał się pułkownik.



Dziewczyna drgnęła na dźwięk swojego imienia. Chwilę trwało, zanim uświadomiła sobie, gdzie się znajduje i spojrzała na mężczyznę.



- Mój tata zginął w trakcie lotu treningowego. Jak Gagarin – powiedziała cicho.



- Nie wiedzieliśmy, co stało się z twoim tatą. Tak było łatwiej, nie potrafiliśmy tego wytłumaczyć. Nie mogliśmy przyznać się, że zgubiliśmy statek kosmiczny.



- Tata zginął w wypadku. W Bajkonurze – powtórzyła.



- Nie, dziecko. Twój tata wylądował szczęśliwie na Księżycu. Twój tata spełnił swoje marzenie. I chciał, żebyś o tym wiedziała.



Po policzkach Jeleny płynęły łzy.



- Mój tata pierwszy stanął na Księżycu?



- Tak. Na dwa lata przed Armstrongiem – pułkownik uśmiechnął się. Jego poorana zmarszczkami twarz jaśniała, jakby w obliczu odkrytych wydarzeń ubyło mu co najmniej pięćdziesiąt lat.



- Dlaczego nic o tym nie wiedzieliśmy?



- Widzisz – mężczyzna nie bardzo wiedział, jak wyjaśnić dziewczynie, że za wszystkim stała jedynie polityka. – Prawdopodobnie nie dowiedzielibyśmy się nigdy, gdyby Amerykanie nie natknęli się na pozostawione przez twojego tatę nagranie.



*





Przysłana do Leningradu amerykańska paczka zawierała kasetę i krótką notkę. „Jesteście przyzwoitymi ludźmi. Wiecie, co zrobić z nagraniem”.







-----------------------------------------------------------------------------





("Orzeł wylądował" - pierwsze słowa, jakie Neil Armstrong faktycznie wypowiedział po wylądowaniu na Księżycu).

0 comments:

Post a Comment