Entrée:

Nie wszystko, co mądre, musi być poważne i nie wszystko,
co poważne, musi te
ż być mądre.
Tego nauczył mnie Frankie.
Dodał też, że nic, co dobre, nie może być darmowe.
I tu, cholera, miał rację.

Il grande finale

Monday, August 30, 2010

Wąski, ledwie zauważalny promyk światła zamigotał naprzeciwko mnie przez najwyżej ułamek sekundy. Nie wiedziałem nawet, czy to nie złudzenie. Dostrzegłem go? Lata doświadczenia. A może obłęd? Nie byłem pewny, w co wierzyć.




- Następnym razem, gdy będziesz chciał kogoś zabić – mówiłem dalej spokojnie, opanowanym głosem nie zdradzającym nawet cienia niepewności, jakby sytuacja, w jakiej się znalazłem, nie była dla mnie żadną nowością – zastanów się trzy razy.



Ciemna hala opuszczonej fabryki sprawiała przerażające wrażenie. Poprzewracane metalowe regały, stosy puszek po dawno przeterminowanych odczynnikach, resztki maszyn i części do nich były wszędzie wokół. Niewielkie przejścia pomiędzy nimi - cudem ocalone przesmyki tworzyły zawiły labirynt.



Była noc. W jasno oświetlonym, niewielkim porcie na południu Włoch praca trwała dalej. Nieprzerwanie, jakby komuś udało się oszukać naturalny rytm. Kilkadziesiąt blaszanych budynków, hale produkcyjne, wielkie magazyny. W każdym z nich kilkaset osób uwijało się ostatkiem sił, wyczekując na koniec zmiany. Czas z każdą sekundą zdawał się płynąć coraz wolniej.



Tylko jeden budynek, położony w samym środku portowej dzielnicy, był opuszczony. Miesiąc wcześniej przeznaczony do rozbiórki, z powodu bałaganu w dokumentacji, stał cały czas, zajmując drogą działkę, o którą już dawno toczyły się spory. Brakowało dni, godzin, by ktoś zdecydował się usunąć halę na własną rękę. Napięta, coraz gorętsza atmosfera, w połączeniu z nie chłodniejszymi południowymi charakterami kazała spodziewać się, że prędzej, czy później ktoś podpali budynek, rozwiązując problem. Niszcząc całą jego historię. I wszystko, co wciąż znajdowało się wewnątrz. Zamykając jedyną bramę do przeszłości.



Czyżby ktoś okazał się lepszy? Po tylu latach… Analizowałem w myślach wydarzenia kilku ostatnich dni. Plan był idealny. Doskonały, kurwa! Chciałem krzyczeć, ale nie mogłem porzucić roli, która – jako jedyna – pozostawiała mi cień szansy.



Coś się spierdoliło, jak mawiają poeci.



Siedziałem na krześle, pośrodku tej jednej opuszczonej hali. W niewielkim kręgu, z którego ktoś wcześniej odsunął meble. Łańcuch, którym mnie skuto, boleśnie wrzynał mi się w nadgarstki. Przez cały dzień, jaki tu spędziłem, usta miałem ciasno zaklejone taśmą. Brakowało niewiele, a udusiłbym się. Każdy kolejny atak paniki nasilał się coraz bardziej. Profesjonalne wyszkolenie – jak zwykle – w zetknięciu z rzeczywistością okazało się nic nie warte. Pomału godziłem się z porażką.



I wtedy pojawił się on.



Myślę, że nie spotkałem go nigdy wcześniej. Aż do wczoraj – tak sądzę. Nie widziałem napastnika. Zwykła, ani ładna, ani szpetna twarz, krótkie ciemne włosy i przeciętna postura. Żaden szczegół, który utkwiłby mi w pamięci na dłużej.



Podszedł do mnie.



W dłoni trzymał rewolwer. Zbliżał się, końcem lufy celując mi w skroń. Gwałtownym ruchem zerwał taśmę, która nie pozwalała mi mówić. Cofnął się, cały czas trzymając mnie na muszce.



Czekał.



Kurwa, zrób coś, myślałem.



Milczał.



- Tylko tyle? – odezwał się wreszcie. – Chcesz, żeby twoje ostatnie chwile wyglądały właśnie tak? Żadnej wzniosłej przemowy porywającej tłumy? Żadnej ballady o beznadziejnych straceńcach? Co z twoją słynną megalomanią, o której krążą już legendy?



Moja słynna megalomania miała najszczerszą ochotę mu przypierdolić.



Łańcuchy skuwające moje ręce nie miały najmniejszego zamiaru jej na to pozwolić.



- Z czasem każdy zdaje sobie sprawę – niechętnie podjąłem wątek – że niekiedy milczenie jest najlepszym rozwiązaniem. Każde wypowiedziane zdanie to kilka straconych chwil. Wiesz, ile może wydarzyć się w tak krótkim czasie?



Niemal czułem, jak jego spojrzenie rozrywa mnie na strzępy.



I nagle stało się. Choć on potrzebował jeszcze chwili by to zrozumieć.



- Następnym razem, gdy będziesz chciał kogoś zabić – mówiłem dalej spokojnie, opanowanym głosem nie zdradzającym nawet cienia niepewności, jakby sytuacja, w jakiej się znalazłem, nie była dla mnie żadną nowością – zastanów się trzy razy. Zastanów się nie nad tym czy zabić. Tylko jak - jak szybko.



Uśmiechnąłem się. Chciałem nadać swojej twarzy przyjazny wygląd, ale nie dałem rady. Znowu jej wyraz zdradzał bezgraniczną wściekłość. I – co znacznie bardziej niebezpieczne – narastającą satysfakcję.



- Te kilka zdań zwłoki może zmienić twoje życie – powiedziałem cicho, patrząc mu prosto w oczy. – Drastycznie – dokończyłem.



Hala zadrżała, kiedy w środku rozległ się huk wystrzału.



Finito.



Więc to tak miało być? Setna ofiara.



Dopiero po chwili poczułem, jak odpływają wszystkie emocje. Wreszcie czułem się rozluźniony. Błąd został naprawiony. Wyciągnąłem nogi przed siebie, wygodnie.



- Molto grazie – szepnąłem do mężczyzny, który wyłonił się zza regału.



- Długi muszą zostać spłacone – odparł, wskazując leżące kilka metrów dalej zwłoki mojego niedoszłego zabójcy.



Po czym zniknął równie bezszelestnie, jak się pojawił.

0 comments:

Post a Comment